fbpx

WKURZENI CHCĄ MIEĆ WPŁYW

Skoro władza nie wie, czego chcą obywatele, sami musimy ją o tym poinformować. Po to stworzyliśmy Krajową Sieć Konsultacyjną Liderów.

Autor: Ignacy Dudkiewicz

Duży Format, 02.07.2015

Interesuje mnie zmiana na lepsze

Bożena Szulc-Busińska, 56 lat, Nowinka (woj. podlaskie), założycielka fundacji Misja Nowinka, członkini stowarzyszenia Wspólnota Puszczy

Jak mi się coś nie podoba, zakasuję rękawy. Wychowałam piątkę dzieci, mogę się angażować. A nie ma innego sposobu, żeby coś się zaczęło dziać.

U nas, w Nowince, władza była, niestety, przeciwna działaniom oddolnym. Były wójt uważał, że sam wie najlepiej, co jest potrzebne mieszkańcom. Kiedy z grupą znajomych założyliśmy stowarzyszenie, wszystkie osoby pracujące w urzędzie gminy powiedziały nam, że „ze względów osobistych” nie mogą do niego należeć. Wyglądało to na nacisk ze strony wójta. Choć pewności nie mamy.

Przy najbliższych wyborach postanowiliśmy, jako członkowie stowarzyszenia, tę władzę zmienić. I od pięciu lat mamy nową panią wójt. A więc się da.

Pomógł mi udział w Kongresie Kobiet, podczas którego zaliczyłam kurs prowadzenia kampanii wyborczej. Później jeździłam wszędzie, gdzie można było się dowiedzieć czegoś o aktywności społecznej. Na szczęście takich szkoleń jest wiele. Dostałam się do Szkoły Liderów, która pomaga lokalnym liderom się rozwijać i lepiej zrozumieć, na czym polega działalność społeczna. Dla mnie był to przełom, także w podejściu do samej siebie. Coraz lepiej rozumiałam, czym się chcę zajmować i jak to robić. Najkrócej mówiąc: społeczną zmianą na lepsze.

A zmiana była wciąż potrzebna. Bo każdą decyzję nowej pani wójt blokowali starzy radni. Więc po dwóch kolejnych latach odwołaliśmy w referendum całą radę gminy. W wyborach mieliśmy bardzo wysoką frekwencję, ponad 70 proc, a przy odwoływaniu rady w referendum – ponad 40 proc. Co ludzi tak zmobilizowało? Stara rada zablokowała powstanie przedszkola. To była dla mieszkańców naprawdę ważna sprawa. A ludzie nie lubią, kiedy się ich nie słucha i lekceważy ich potrzeby.

Chociaż z drugiej strony nie zawsze chcą mówić, nie wierzą, że ich głos ma znaczenie. W sprawach dotyczących mieszkańców można przeprowadzać konsultacje społeczne. Ale w naszej gminie trzeba w tym celu zebrać sto podpisów. Przy trzech tysiącach mieszkańców nie jest to łatwe, bo ludzie nie wiedzą, po co mieliby się wypowiadać. Trzeba ich dopiero uczyć, że mają prawo do głosu. Bo na razie nie wierzą, że ktoś ich usłyszy i wykorzysta ich rady, nawet na poziomie gminy.

Słyszę też głosy: „Po to wybraliśmy radnych czy posłów, żeby już się polityką nie zajmować”. Ja uważam, że władzy trzeba pilnować, żeby nie rządziła bez pytania kogokolwiek o zdanie. Według mnie na poziomie kraju władza jest zupełnie odcięta od źródła informacji. Wiele rzeczy jest wymyślanych za biurkiem i ostatecznie nikt nie jest zadowolony. Dobrze to widać w edukacji, choć niby wszystkim na niej zależy. Albo w służbie zdrowia. Mój mąż jest lekarzem. Ma zdanie na temat pakietu onkologicznego, ale nikt jego ani jego kolegów nie pytał. A potem jest wielka awantura, bo regulacje są nieprzystosowane do pracy wiejskiego lekarza.

Jako absolwentka Szkoły Liderów zostałam zaproszona do Krajowej Sieci Konsultacyjnej Liderów. Sieć zbiera opinie obywateli o istotnych dla nich sprawach. Pokazuje im, że mogą mieć wpływ. Konsultowaliśmy na przykład z mieszkańcami, co zrobić z naszym „orlikiem”, kiedy wygaśnie umowa z Ministerstwem Sportu zobowiązująca gminę do utrzymywania i bezpłatnego udostępniania boiska. Uzgodniliśmy, że warto wykorzystać fakt, że to boisko wielofunkcyjne, i przełamać stereotyp, że ma służyć tylko dzieciom i młodzieży. Bo powinno służyć wszystkim, na przykład przy okazji gminnych imprez.

Teraz kiedy mnie ludzie widzą, sami zgłaszają problemy, bo już kojarzą mnie z tematem „orlików”. A ja organizuję spotkania, rozmawiam z sąsiadami. I pytam. Pytam. Pytam.

Minister nie zawsze wie lepiej

Dariusz Lasocki, 37 lat, Warszawa, radny dzielnicy Praga-Południe m.st. Warszawy z ramienia PiS

Co mnie w Polsce wkurza? Podam trzy przykłady. Pierwszy – to sześciolatki. Ta sprawa mnie bezpośrednio dotyczy – mam pięcioletniego syna. Uważam, że dziecko w tym wieku powinno mieć jeszcze czas na zabawę, szkoła może na nie poczekać. Ale państwo nie chce słuchać ludzi myślących tak jak ja.

Drugi – to projekt ustawy o bezpłatnym poradnictwie prawnym. Jestem radcą prawnym. Poza pracą zarobkową w swojej kancelarii wspieram nieodpłatnie samotne matki, organizacje pozarządowe, ludzi, których nie stać na taką usługę. I mam poczucie, że nasz głos, reprezentowany przez korporacje prawnicze, nie został wzięty pod uwagę. Nie konsultowano go też wystarczająco z organizacjami pozarządowymi. W efekcie ustawa pominęła tysiące osób – i te, które chciałyby porad udzielać, i te, które ich potrzebują.

Trzeci przykład dotyczy lokalnej sprawy – terenów zielonych na Gocławiu. Wydawałoby się, że co jak co, ale troska o zieleń łączy wszystkich mieszkańców. A w Warszawie wycina się co roku dziesiątki tysięcy drzew. Decyzje o wycinkach podejmują naczelnicy wydziałów ochrony środowiska w dzielnicach, a z głosem mieszkańców nikt się nie liczy. Nawet radni mogą najwyżej protestować i składać wnioski, by w miejsce wyciętych drzew sadzono nowe. I ja to robię. Jednak decyzja nie należy do nas.

Spraw do załatwienia jest dużo. Spacerując po Gocławiu, obserwuję. Zdarza się, że podczas spaceru coś zauważę, i staram się od razu tym zająć. Dopinguje mnie mój pięcioletni syn, który – gdy maszerujemy razem do przedszkola – też się rozgląda i mówi: „Tata, tutaj jest zepsuty chodnik, musisz koniecznie napisać maila”. To piszę.

Ludzie często nie wiedzą, do kogo się odezwać w takich sytuacjach. Niedawno zadzwonił do mnie późnym wieczorem mieszkaniec Gocławia, że na jednej z ulic nie pali się żadna latarnia. Okazało się jednak, że należą do spółdzielni mieszkaniowej, więc niewiele mogłem zrobić.

Mój numer telefonu jest ogólnie dostępny na mojej stronie internetowej, a w telefonie mam coraz więcej kontaktów z adnotacją „mieszkaniec”. Cieszy mnie, że w wielkim mieście ludzie chcą rozmawiać o tym, co im się nie podoba. Mimo że osobiście się nie znamy.

Ale gdy zaczynają się czegoś więcej domagać, są traktowani jak pieniacze. Mówi się, że mają „ponadnormatywne oczekiwania”. A przecież powinniśmy być partnerem dla państwa i dla samorządu! Bo jesteśmy jego suwerenem i pracodawcą dla jego przedstawicieli. To od mieszkańców wszystko się powinno zaczynać i na nich kończyć. Władza nie może być sama dla siebie. Gdy tak jest, w ludziach rodzi się gniew.

Skoro władza nie wie, czego chcą obywatele, sami musimy ją o tym poinformować. W tym celu powołano Krajową Sieć Konsultacyjną Liderów. Działam w niej od początku, a więc od kwietnia 2014 roku. Zaangażowałem się w tworzenie raportów o tym, jak wykorzystać „orliki”, a także o roli radnego. Cieszy mnie aktywność osób, których głos dotąd nie był słyszany, oraz świeżość ich opinii. Brak konsultacji oznaczałby tyranię urzędnika, ministra, prezydenta czy premiera. To byłoby zaprzeczenie demokracji. Władza musi zacząć w większym stopniu słuchać tego głosu, minister nie zawsze wie lepiej. Powinien brać pod uwagę zdrowy rozsądek i doświadczenie życiowe ludzi.

W ostatnich latach wiele się zmieniło w samorządach: mieszkańcy zaczynają znać swoich radnych, mogą wpływać na państwo przez akcje społeczne czy inicjatywy ustawodawcze – nawet jeśli złożone pod nimi podpisy zostają zmielone, jak było w przypadku sześciolatków. Warto jednak było te podpisy zbierać, bo ogromna rzesza ludzi zainteresowała się sprawą, która dotyczy wszystkich. I tego już nie da się cofnąć czy wymazać. Ludzie zaczynają czuć, że mogą i powinni mówić o tym, co ich boli. To proces nie do zatrzymania.

Adelfi czyli wspólnota

Urszula Podurgiel, 38 lat, Ełk, prezeska zarządu stowarzyszenia Adelfi

Z natury jestem anarchistką. Każde moje zderzenie ze szkołą, z urzędem, z niedoskonałością systemu skutkowało niezgodą. Trochę wynika to z przekonań, trochę z temperamentu. Mam wewnętrzny przymus, by ulepszać świat. Nie znoszę nepotyzmu ani sięgania po argument siły czy władzy przy podejmowaniu decyzji.

Wróciłam do Ełku po kilku latach studiów w Warszawie, Gdańsku i Krakowie. I czułam, że w Ełku dużo trzeba zmienić. Miałam czas, bo nie pracowałam zawodowo ze względu na dzieci. Kiedy byłam w ciąży z drugim dzieckiem, założyłam ze znajomymi i rodziną stowarzyszenie. Gdy trzecie dziecko było małe, koordynowałam pierwszy projekt naszej organizacji: dotyczył aktywizacji bezrobotnych. Organizowaliśmy szkolenia, kursy. Syn podróżował ze mną.

Stowarzyszenie nazwaliśmy Adelfi – po grecku „bracia” lub „wspólnota” – tak właśnie, jako braterską wspólnotę, widzimy społeczność Ełku. Chcemy wprowadzać pozytywne zmiany w mieście. Wspieramy tych, którzy potrzebują pomocy w samoorganizacji, którzy chcą coś zrobić – nawet małą rzecz – ale nie wiedzą jak. Pomagamy też osobom zagrożonym wykluczeniem społecznym, żeby umiały wziąć życie w swoje ręce. Trzeba działać w grupie, bo głos pojedynczych obywateli jest lekceważony. Między władzą a ludźmi brakuje dyskusji, zdrowego sporu i w efekcie – wspólnych rozwiązań. Obie strony są zresztą przekonane o swoich racjach.

Jednak od dyskusji nie ma odwrotu, bo ludzie coraz lepiej rozumieją swoje prawa. Zresztą lokalne samorządy dojrzewają do tego szybciej niż rząd. W Ełku robimy coraz więcej razem z władzami. Samorząd zaczął przekazywać część pieniędzy organizacjom, które mogą rozdać je dalej w postaci grantów. Zaufano nam, że będziemy umieli to zrobić. Coraz częściej też sięga się po konsultacje społeczne dotyczące choćby promocji Ełku czy zagospodarowania przestrzeni. To małe jaskółeczki, ale ważne.

Po dziewięciu latach społecznej aktywności i budowania marki stowarzyszenia mogę powiedzieć, że mam wpływ. Kiedy idę do samorządu o czymś porozmawiać, zaproponować zmiany, słuchają mnie. Ale ideałem byłaby sytuacja, gdyby władza wysłuchała każdego obywatela, który jej coś proponuje. A tak nie jest. Często trzeba mieć siłę, koneksje, być rozpoznawalnym. Niemniej na poziomie samorządów coś drgnęło.

Jednak na poziomie władzy centralnej to działa bardzo słabo. Biorę udział w konsultacjach ogólnopolskich, choćby nad ustawą o stowarzyszeniach. Nie mam poczucia, by ktoś nas słuchał. Często bierze się pod uwagę głos kilku kluczowych osób z Warszawy, kilku znanych organizacji. Takie lokalne stowarzyszenia jak nasze są z tego wykluczane. Dlatego idea łączenia się w ogólnopolskie sieci konsultacyjne bardzo mi odpowiada.

Prywatnie jestem matką dziecka niepełnosprawnego. Także w tej dziedzinie nie czuję, by kogoś interesowało, co mam do powiedzenia – choć sytuacje, z którymi się borykamy, nadają się na skargę do Trybunału Konstytucyjnego. Nasze prawa nijak się mają do rzeczywistości, nikt ich nie respektuje. Mam niewielkie wsparcie w instytucjach. Niby istnieją mechanizmy, ale jak chce się po nie sięgnąć, to się okazuje, że łyżki brakuje. Niby mogę pójść do pracy, a do kosztów zatrudnienia niani dołoży się państwo, jednak tylko do chwili, gdy dziecko skończy trzy lata. Niby samorząd może dowozić niepełnosprawne dzieci do specjalistycznych ośrodków (których w Ełku nie ma), ale nie musi, więc tego nie robi. Podwyższono wprawdzie nieco wsparcie dla opiekunów dzieci niepełnosprawnych, lecz to jest wciąż jak cukierek zamiast posiłku.

Mnie to nie martwi. Mnie to wkurza, może dlatego, że jestem choleryczką. Niesprawiedliwość budzi we mnie gniew, wolę walki i odwagę. I mam nadzieję, że władze będą miały kiedyś odwagę, by zacząć nas słuchać.

Biegam i obserwuję

Jan Borowski, 28 lat, Świnoujście, członek rady miasta z ramienia Platformy Obywatelskiej

Zanim zostałem radnym, wydawało mi się, że jeśli ludzie działają publicznie, to angażują się na 100 proc. i zależy im na dobru wspólnym. A coraz częściej spotykam osoby, które działają z przypadku lub dla wygody, bo mogą sobie coś załatwić. Wielu takich radnych czy posłów nie kieruje się ani dobrem Świnoujścia, ani Polski. Mówią, że nic się nie da zrobić, że nie warto nawet zaczynać, bo i tak nie mamy szans. To mnie wkurza, ale też mobilizuje do działania.

Wie pan, ja lubię biegać. A kiedy biegam, to obserwuję, bo wtedy widzi się miasto z innej perspektywy. Świnoujście przez ostatnie dwadzieścia lat rozwinęło się niezwykle. Ale wciąż jest co robić. Potrzebne byłoby na przykład stałe połączenie z resztą kraju w postaci tunelu lub mostu. Dziś duże części miasta dostępne są jedynie za pomocą promu! Chciałbym, żeby miasto stało się letnią stolicą Polski z jednym z najlepiej rozwiniętych portów w Europie. Ale bez wsparcia i głosu mieszkańców to się nie uda.

Działam w zespole, który ma opracować założenia budżetu obywatelskiego w Świnoujściu, bo chcę, żeby ludzie mieli większy wpływ na rzeczywistość. Chcę, by rada miasta mocniej angażowała się we współpracę z organizacjami pozarządowymi, a nawet samorządami szkolnymi – chcemy przywrócić młodzieżową radę miasta. Bo zaangażowania trzeba uczyć od małego.

Ja już w gimnazjum interesowałem się polityką. W liceum zacząłem się angażować w pierwsze kampanie, w młodzieżówkę. Startowałem nawet w wyborach do parlamentu, żeby zobaczyć, jak to wygląda. Ale się nie dostałem. I może dobrze, bo zostałem radnym.

W Świnoujściu PO zawsze była w opozycji do SLD. Ale to sztuczny podział. Samorząd powinien się skupiać na realizacji celów i działać jako drużyna – dla miasta. Powoli nam się to udaje: sesje są spokojniejsze, a debata staje się coraz bardziej merytoryczna.

Szkoda, że nie wygląda to tak w polityce krajowej. Widzimy show, niski poziom dyskusji, wszyscy są nastawieni na słupki w sondażach, a nie na dobro wspólne. Kończy się tym, że prawo jest tworzone bez słuchania ludzi. Na przykład posłanie sześciolatków do szkół było zmianą dokonaną za szybko. Tak samo wprowadzenie bezpłatnego podręcznika. Jako KSKL sprawdzaliśmy efekty tej decyzji. Okazało się na przykład, że nauczyciele nie są zadowoleni: dołożono im papierkowej roboty, musieli przejąć odpowiedzialność za książki: wypożyczać je z biblioteki dla wszystkich uczniów, a elementarz ma cztery części, więc trzeba to robić co pół semestru. Tych książek można używać tylko w szkole, więc jeśli się chce zadać coś do domu, trzeba kserować strony. To sporo pracy.

Inna sprawa: gminy musiały przejąć od kuratoriów wiele obowiązków związanych z nadzorem nad szkołami. Przerzucono na nie obowiązek zapewnienia wszystkim dzieciom w wieku od trzech do pięciu lat miejsca w przedszkolach. Ale nie dano na to środków. Związek Miast Polskich, jako przedstawiciel samorządów, stale zwraca uwagę na rozdźwięk między możliwościami a nakładanymi na samorządy obowiązkami. Ale nikt nas nie słucha.

Konsultacje można by zastosować przy wprowadzaniu obowiązkowego w każdej gminie budżetu obywatelskiego, przy wprowadzaniu euro czy zmianie ordynacji wyborczej. Zamiast robić kosztowne referendum, można wykorzystać lokalnych liderów, by poznać zdanie, i to zniuansowane, lokalnych społeczności. Uczestniczyłem we wszystkich badaniach robionych przez sieć. Ludzie naprawdę chcą się wypowiadać. Tylko raz odmówiono mi rozmowy – dyrektorka jednej ze szkół bała się, że jej wypowiedzi zostaną wykorzystane przeciwko niej. Po prostu trzeba czasu, żeby wszyscy zrozumieli ideę sieci konsultacyjnej.

Ja wierzę, że władze chcą słuchać obywateli, tylko zupełnie tego nie potrafią. Ale mam nadzieję, że się nauczą.

Marzy nam się sieć sieci

Z Jakubem Radzewiczem z Zespołu Programów Politycznych fundacji Szkoła Liderów rozmawia Ignacy Dudkiewicz

Czym jest KSKL?

– Krajowa Sieć Konsultacyjna Liderów to przede wszystkim ludzie: lokalni liderzy, absolwenci programów Szkoły Liderów (samorządowcy, liderzy NGO). Stworzyliśmy ją, by głos obywateli docierał do rządzących na różnych szczeblach władzy. Bo czasami regulacje wyglądające logicznie z perspektywy warszawskiej okazują się zupełnie nietrafione w lokalnej rzeczywistości. Chodzi też o to, by nauczyć ludzi, że trzeba umieć i chcieć zabierać głos.

Ilu członków liczy sieć?

– W działania zaangażowanych jest na razie 70 osób. Docelowo chcemy, by sieć objęła wszystkich absolwentów Szkoły Liderów, czyli ponad 3 tys. osób. Marzy się nam, by nasza sieć była tylko jedną z wielu sieci konsultacyjnych skupiających rozmaite środowiska.

Co konsultujecie?

– Od wiosny 2014 r. powstało pięć raportów dotyczących aktualnych tematów – między innymi o polityce prorodzinnej czy darmowym podręczniku. Współpracujemy z ministerstwami, organizacjami pozarządowymi i ekspertami. Ale dbamy przy tym, by politycy nie mieli wpływu na treść raportów.

Jest jednak ważne, by ta treść do nich dotarła.

– Dlatego o najważniejszych wnioskach dyskutujemy z przedstawicielami ministerstw. Chcemy mieć pewność, że treść raportów zostanie dostrzeżona, że głos lokalnych liderów zostanie usłyszany. Dzielimy się też wnioskami z lokalnymi władzami, instytucjami i mieszkańcami.

Co zawiera taki raport?

– Dużą część zajmują obszerne cytaty, bo zależy nam na przedstawieniu szerokiego wyboru opinii obywateli. Jest też analiza danych ilościowych i wnioski z wypowiedzi członków sieci i zorganizowanych przez nich dyskusji.

Czy któryś z raportów miał wpływ na regulacje tworzone na różnych szczeblach władzy?

– Wiemy, że pomogliśmy Ministerstwu Sportu w wypracowaniu najlepszego modelu finansowania „orlików”, sugerowaliśmy też zmiany w zakresie polityki prorodzinnej i kształtu ustawy o samorządzie gminnym.

Jakie będą tematy najbliższych konsultacji?

– W najbliższym czasie zajmiemy się przywództwem w polityce oraz tematami dotyczącymi władzy samorządowej i udziału w niej obywateli. Chcemy podjąć dyskusję na temat zwiększenia roli radnych, likwidacji powiatów, ograniczenia kadencyjności władz lokalnych. Zapraszamy wszystkich do udziału w naszych bezpłatnych programach: rocznym kursie dla lokalnych liderów Liderzy Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności oraz Szkole Liderów Politycznych dla osób, które chcą być aktywne w polityce.

Więcej: www.kskl.eu 


Wszyscy bohaterowie są członkami KSKL założonej przez stowarzyszenie Szkoła Liderów

Copyright All Rights Reserved © 2019

×